trochę się boję nic w ten weekend nie zrobiłam:) sobota to ja nie mam pytań hahaha:D kocham stare koty<3 ale nie jest dobrze, cała niedziela i połowa dzisiejszego dnia w łóżku, supersuper. chora sucha. się uczy. mało jej zostało. robi testy. i chudnie. i nie ma siły. i cześć.
Zdecydowanie mało czasu zostało do naszego kochanego egzaminu... Zdecydowanie za mało umiem do naszego kochanego egzaminu... Zdecydowanie za mało się uczę do naszego kochanego egzaminu... Tak to trochę żałosne... Mam nadzieję, że nie tylko ja tak mam i mam nadzieję, że wszyscy damy z tym sobie radę.
Ale przejżałam już szafę. Można powiedzieć, że mam się w co ubrać ( co prawda coś tam trzeba zwężyć a gdzieś tam guzik przeszyć, ale nie trzeba nic kupować). Domyślam się, że i tak i tak wszyscy mnie zjadą i będą mówili, że wyglądam jak czterdziecha ale chyba nic na to nie poradzę. A od soboty przerzuciłam się na evanescence... gorzej ze mną. Mimo wszystko będę żyć z nadzieją. Nadzieję trzeba mieć zawsze ;) Nie mam pojęcia kiedy teraz wejdę... mam nadzieję, że jeszcze przed egzaminami :)
super kurwa święta, miałam się uczyć ale co? jak zwykle lenistwo górą, siedzę i oglądam filmy, mnóstwo filmów:) okropny humor, okropnie się czuje, ale ja to ja, Sucha sobie poradzi, jak zwykle :) -.-
widzę że jeszcze żadna nie opisała piątkowej wycieczki, to ja to zrobię:D . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . dobra nie chce mi się, wstawię kolaż najlepszych zdjęc hahahha xd w autobusie ciągłe nagrywanie vlogów, obiecuje że go skleje, nawet wczoraj zaczęłam, ale mój kochany laptop przegrzewał się i wyłączał :> ale pomysł jest, muzyka też, więc po egzaminach zabieram się do roboty:D w planetarium śpiąco, w tym drugim czymś też. zajebiste naleśniczki w Manekinie, czuje że będziemy tam jadały częściej:D pierniczki też dobre, mniaaaam*.* później uniwersytet, lekka zmiana humoru ale potem było okej, w drodze powrotnej spanie, granie, rozmowy przez telefon (i teksty Olki:D), a na sam koniec coś w nas pękło i o.
Tak, jestem. Nie pozbyliście się mnie. Krótkie wyjaśnienie- nie pisałam bo miałam popsuty komputer, ale wczoraj wrócił od pana złote rączki naprawiacz komputerów i nawet klawiatura mi w pełni działa. Nawet nie wiedziałam jak dużo się zmieniło przez te hmmm... 3 miesiące jak mnie nie było. Zauważyłam, że jestem zawieszona w prawach bloggerki ale w sumie zasłużyłam, to chyba najdłuższa przerwa jaką którakolwiek z nas zrobiła. Tak wiem jak nie pisze to zawsze ja. Trudno, każdy musi pełnić jakąś funkcję. Ale z tego co widzę to teraz nie tylko ja nie postuję codziennie. To wszystko wina egzaminów. Nie wiem co za chory człowiek to wszystko wymyślał... Nie lubię go Pisałabym dalej ale spać się chce :) Następnym razem zrobię wywód jak to się wszystko pozmieniało, bla bla bla Mam nadzieję, że będzie ciekawie :* Dobranoc
nie będę pisała takich tematycznych postów jak dziewczyny, ponieważ po pierwsze nie umiem ;p a po drugie nie mam czasu, powtórzeniapowtórzeniapowtórzenia, masa nauki w szkole. no ale, coś za coś. co u mnie? liceum wybrane, ucze się, chociaż strasznie mi się nie chce(to przez pogodę), denerwuje mnie projekt z fizyki, jem sobie makaron z mlekiem, i tak, jest w miare dobrze:D
Miało być o filmie, będzie o muzyce. Chciałabym krótko, zwięźle i na temat, ale nie wiem jak to wyjdzie. Po prostu jedząc obiad u babci, zauważyłam, a raczej usłyszałam, że w radiu leci Yesterday Beatlesów. I jakoś tak się wsłuchałam, bo doskonale znam tę piosenkę i bardzo ją lubię. A ponieważ dzisiejszy dzień należy do tych dni, w których takie piosenki są jak najbardziej pożądane, to tak jakoś się rozchwiałam emocjonalnie na te 15 sekund, przez które tej piosenki słuchałam. Potem zajęłam się zapiekanką babci (pyszna). Noale, wracając do tematu. Chodzi przede wszystkim, że usłyszenie dzisiaj tej piosenki zainspirowało mnie do stworzenia posta o muzyce właśnie. Muzyka pomaga mi ogromnie. I nawet sobie nie wyobrażacie, jak jestem szczęśliwa gdy jestem sama w domu i mogę pośpiewać trochę głośniej niż tylko pod nosem. Dobra, zaczęłam o tym, że słuchanie muzyki mi pomaga. W czym konkretnie? Otóż... we wszystkim, w życiu, ogólnie rzecz biorąc. Jak jestem smutna to słucham tylko tych spokojnych i raczej niezbyt radosnych piosenek, bo mnie uspokajają i jakoś tak od razu mi lepiej, bo mogę się zdołować jeszcze bardziej i wczuć bardzo mocno w swoje własne uczucia. Jak jestem mega szczęśliwa to sobie puszczam szybkie i takie... hmm żeby było dużo tekstu do śpiewania. Dla mnie jedno z lepszych uczuć to właśnie wtedy, gdy słuchasz jakiejś piosenki i zaczynasz sobie zdawać sprawę, że już Ci się podoba, potem puszczasz ją cały czas, po milion razy aż znasz tekst na pamięć. No, przynajmniej ja tak mam. I jeszcze jeden fajny fakt związany z muzyką - wspomnienia. Kiedyś słuchałam Paramore i ten zespół niezmiennie będzie mi się kojarzył z jesienią. Zawsze. Słuchałam tego tak gdzieś w 5 czy 6 klasie podstawówki, w gimnazjum już raczej mniej.
Słuchałam też, jak to przeczytacie, to będziecie się śmiać, ale słuchałam Tokio Hotel. I wcale nie jestem tym zażenowana, bo nigdy nie zwracałam uwagi na członków tego zespołu, tylko na muzykę, która wtedy mi się podobała, teraz - nie robi na mnie wrażenia, takiego żeby wciąż tego słuchać, po prostu mi się znudziło. To niemiecki zespół. Bardzo lubię tą piosenkę:
Co dalej? Przewijało się tego wiele, poświęcę jednak posta na to co pamiętam najlepiej. Czyli m. in. disnejowskie gwiazdy :>
Demi Lovato, Miley Cyrus, Jonasi, sami wiecie :D
Tego typu muzyki słuchałam w ...podstawówce, ale jakoś pod koniec, nikt się oczywiście do tego za bardzo nie przyznawał, ja też nie :P Dlatego teraz tak bardzo to doceniam. Tzn to nie żaden fenomen, muzyka na poziomie niezbyt wysokim, chociaż z reguły tego typu opinie wynikają z tego, że to disnej. A przecież gwiazdki disneja nie mogą być ambitne. No ale kto z nas, wtedy dzieciaków w wieku 10-13 (powiedzmy, może trochę naciągane, ale niech będzie tak średnio) się tym przejmował? Miało chwycić nas melodią, nie tekstem, fajnym teledyskiem i mieli być ładni. Nic więcej. I oczywiście, myślę, że głównym motywem przewodnim wśród przemysłu muzycznego disneja są... filmy. Kto nie oglądał High School Musical czy Camp Rocka? Wymieniłam te, bo te dwa to takie klasyki. Chyba każdy to oglądał, nie każdy się przyzna. A dla mnie to jest moje dzieciństwo łamane na młodość ( ale wciąż jestem młoda i do młodości zalicza się też to czego słucham obecnie) i teraz jak sobie przypominam czasem te piosenki to wracają wspomnienia i sobie uświadamiam jakie życie było piękne i banalnie proste, a jedynym problemem było to że... Były jakieś problemy? :>
huhu ;>
Dobra :D Co dalej. Dalej będą już chyba początki tego, czego słucham teraz. Zaczęło się od Kings of Leon <3
Po raz pierwszy usłyszałam ich w wieku chyba 13 lat, u koleżanki starszej o 3 lata. Po prostu puściła Use Somebody i nie skupiłam się na tym jakoś szczególnie, ale jak wróciłam do domu, to ta piosenka zaczęła mi chodzić po głowie, potem ją znalazłam, ściągnęłam i posłuchałam jeszcze kilku, ale nie przypadły mi do gustu, oprócz Sex on Fire, więc tą też ściągnęłam. Jakiś czas później znowu będąc u tej koleżanki, puściła już ich płytę Only by the Night, która tak mi się spodobała, że potem już się na serio zainteresowałam grupą. Mam ich trzy ostatnie płyty i szczerze je wielbię.
Potem jeszcze za sprawą MTV Rocks fascynacja pojedynczymi piosenkami z reguły indie rock.
I... The Kooks. Teraz. Zaczęło się romantycznie. Odrabiałam pracę domową z matematyki, ale było jakoś tak cicho, więc na yt jakoś tak po prostu włączyłam ich płytę Konk, bo była w polecanych. Pierwsza piosenka:
I się zakochałam.
Potem zaczęłam się interesować i tak oto teraz jestem szczęśliwą posiadaczką dwóch płyt na trzy. Pierwszej i ostatniej. Nie mam właśnie środkowej, wyżej wspomnianej. Ale to się nadrobi.
Godni uwagi w tym paskudnie, ohydnie wręcz długim i zapewne nudnym poście, są też: Ellie Goulding i Ed Sheeran.
Nie będę się rozpisywać, napiszę tylko, że ich muzyka to coś tak pięknego, że aż trudno to ogarnąć. Zazdroszczę ludziom, którzy potrafią pisać tak cudowne teksty piosenek i jeszcze to zaśpiewać. I wywołać tym tyle emocji wśród milionów ludzi na świecie.
Na podsumowanie ale bez dłuższego opisu to co także uwielbiam: She & Him (Zooey Deschanel i jej głos + teksty), Arctic Monkeys (geniusze), The Beatles (klasyka, geniusze), The Smiths (specyficzni, teksty bardzo na tak, lata 80), The Temper Trap ( słiiiiit diiiiispooooołziiiiiiszyyyyyyyn :D ale nie tylko)
Ten post to mój i Wasz masochizm, jeśli wiecie o co chodzi :>
Mimo wszystko chyba jeszcze nie jest tak tragicznie, bo naprawdę jest taki zapieprz w szkole, że nic się nie chce, a szczególnie ogarniać rzeczy szkolne, taka prawda. Ale trzeba, więc pięknie udajemy że się uczymy :> To taka ironia losu, że akurat na... 41 dni (:D) przed egzaminami najbardziej nam się nic nie chce. Jakoś mnie to nie dziwi. Chcemy już wakacje, ja poczułam wiosnę, bo spadł śnieg i dlatego wczoraj zjadłam kanapki z pomidorem, co było gigantycznym błędem z uwagi na to, iż smakował jak kapeć. Te pozimowe pomidory. Mniam.
Zauważyłam z goryczą, iż zaczynają mnie dopadać wahania nastrojów, więc do ludzi wokół mnie: przepraszam :> Nie gniewajcie się, powinno minąć niedługo, a w szkole staram się nad tym panować.
To taki post o niczym jak widać więc napiszę że przejście na dalszy etap konkursu z angielskiego podnosi moje poczucie własnej wartości. W kwietniu przyjeżdża Amerykanka, będę miała z kim gadać w nocy ;>
Chyba że uśnie albo będzie miała dość mojego wyśmienitego akcentu i będzie udawała że śpi. Jest jeden jedyny minus tego, że przyjeżdża a mianowicie to, że będę musiała oddać jej prawa do mojego łóżka na okres dni siedmiu bodajże...? No ale czego się nie robi dla gościa.
Obok mnie telefon, ludzie mnie olewają :< Po drugiej stronie matematyka, fizyka i angielski olewane przeze mnie :> Ale już skończę posta i się za to zabieram.
W piątek wieczorem lub w sobotę... też wieczorem, no albo rano, ale wątpię, będzie post - "nibyrecenzja. Także dla niecierpliwych (o ile tacy są) w ciągu trzech lub czterech dni post pojawi się na pewno :>
Gościu z okładki kojarzy mi się trochę z nauczycielem od polskiego xd
Dzisiaj moja "recenzja". 500 dni miłości. Mój ulubiony film z "tej" półki. W piątek sobie go ładnie przypomniałam, oglądając go z Arkiem. Czuję, że się wzbogacę w doświadczeniach filmowych dzięki piątkom. I innym dniom. Ale, wracając do filmu. Wyprodukowany w roku 2009, czyli już cztery lata temu, zajebista muzyka (zwracam uwagę na She&Him), świetne ciuchy, klimat filmu, retrospekcje, skakanie z dnia 1 do dnia 500 i w każdą możliwą stronę. Kocham ten film.
A teraz trochę fabuły. Jest sobie chłopak imieniem Tom (Joseph Gordon-Levitt) i Summer (Zooey Deschanel). Spotykają się w windzie. Wjeżdzając na któreś tam piętro, Summer odkrywa, że Tom słucha The Smiths :) urocze, czyż nie? i zaczyna śpiewać, bo ona kocha Smithsów
no i się chłopak zakochał.
Film to ogólne wspominanie przez Toma całej tej historii ich miłości. Jest to przedstawione w genialny sposób przez takie ruchy wahadłowe od jednego do drugiego dnia, ale zupełnie nie po kolei. I tym sposobem otrzymujemy po sobie np takie sceny:
Tom zakochany szczęśliwie
znowu zakochany szczęśliwie
i...
zakochany nieszczęśliwie, po usłyszeniu piosenki She's like the wind
I tak oto z tego co zawsze kochał (kocha nadal) zrobiło się to, czego nie cierpi (bo nie może mieć):
Historia nieszczęśliwej miłości?
Raczej niespełnionych marzeń, które miały swój początek w chwili, gdy ją spotkał. A ona od początku mówiła że to tylko przyjaźń, związek bez zobowiązań.
ale przecież wiadomo, że...
"Chłopak i dziewczyna mogą być tylko przyjaciółmi, ale prędzej czy później, zakochają się w sobie. Może tymczasowo, może w niewłaściwym czasie, może za późno, a może na zawsze."
I tak, to jest prawda.
Jedna z większych prawd świata.
Bo nasze oczekiwania często mijają się z rzeczywistością.
To chyba wszystko. Film jest genialny. Obsada genialna. Obejrzyjcie sami, z chłopakiem, z dziewczyną, z przyjacielem, przyjaciółką, z psem, kotem, z popcornem lub z chipsami, ale obejrzyjcie. Jest tego warty.
+ fajna scena w Ikei
...i fajna scena w parku
w sumie mogłabym napisać więcej, ale to moja pierwsza recenzja mój pierwszy post o filmie, dlatego tak na razie na spokojnie. obejrzyjcie. warto. nie napisałam o zakończeniu, zostawiam je Wam :) zaskoczy Was.
jeden z lepszych dni ostatnio :D nasz (Ja, Gabcia, Olcia, Stella) humor był dziwny, śmiechy ze wszystkiego ja nie mogę xd ketonal, kebaby, asieśmiaam, kanapka, my wredne, "nie pyskuj", śpiewanie na matmie, super sprawdzian, ahhh <3 wczoraj też nie najgorzej, kościół a poźniej audycja, pozdrawiam Michała hahaha xd
Dobra, wiem, że miałam długą przerwę, jednak Marty nie przebiję, więc... :D Witajcie znowu. Na pewno nie będę tak regularna w postach jak Olka i Sucha, ale nie będę obiecywała, że będę dodawała co ileś tam dni czy coś, bo wiem, że wtedy nie wyjdzie. Nie dodaję po prostu zbyt często postów, bo mimo, że dużo się dzieje, to nie zawsze chcę coś pisać, czasem nie ma weny.
Tak poza tym to tydzień ostatni był interesujący... ogólnie. I muszę się zacząć uczyć, bo to był taki surwiwal trochę xd
Ale spoko, dam se radę. Gdzieś był taki tekst chyba ;p nieważne. Hymhym no nie wiem co napisać.
Kocham Olcię! Olcia, pamiętaj że możesz na mnie liczyć.
Projekty z fizyki zawsze spoko. Zawsze spoko jest nie robienie ich. I zawsze spoko jest podglądanie rozmów Zuzanny z D.
I pozdrawiam wszystkich, którzy chcą czuć się pozdrowieni :)
I następnym razem napiszę coś, a nie takie nic. Bo dzisiaj to tak już półśpię, więc wybaczcie.
A następny tydzień: sprawdzian z matematyki, kartkówka z biologii, kartkówka i dialog z niemieckiego, kartkówka z hiszpańskiego (o.), może coś z wosu, coś tam z fizyki, czyli ogólnie szkolna rzeczywistość ;>
dzięki mami za dzień w domu, przydał się baaardzo:)
obudził mnie telefon, kij ci w masło Michał, chciałam sobie pospać. no cóż, trudno, wstałam, zaczęłam ogarniać wszystko, porządeczki, milion znalezionych rzeczy, na przykład te z LONDYNU, fajnie tak było znowu powspominać:D Gaba, Olka, Marta, możemy tam wrócić:D w międzyczasie ogarniania sluchałam sobie Red Hotów, dawno tego nie robiłam, ale skoro mam ich płytę, to czemu nie. był to bardzo dobry pomysł, naładowało mnie to ogromną energią i dobrym humorem:)
pozdrawiam moją pierdołę, wiem że tego nie czyta, ale niech zdrowieje:D
dziękuję Królik, pozdrawiam:*
i jeszcze piosenka rhcp, jak w tytule posta:
o, i nie prowadze już fbl, follow me on INSTAGRAM :)
ahh, to i ja coś napisze, z racji tego ze wczoraj nie miałam czasu wracając do domu dopiero o 18:< no więc, 14 luty - watentynki, moim zdaniem wymyślone święto, dzień jak co dzień. baaardzo zrównoważony w moim przypadku. rano bolał mnie brzuch - wieczorem już nie. ktoś mnie wkurzył w szkole - po szkole poprawił mi się humor. :) angielski jeden z lepszych, nie ma to jak przez 1.5 robić jakieś durne kartki o walentynkach, ale zawsze, dużo śmiechu, indianki, hamaki, partie, melanże, pióropusze, FRISBEE (miał być bumerang ale pani Edytce nie wyszło) i takie tam:D dzisiejszy dzień także bardzo miły, najlepsze edb w życiu, kebaby wszędzie:D i nie chciało mi się biec na autobus więc pojechałam późniejszym, no cóż:D przynajmniej sobie pogadaliśmy:) polski mi się przypomina:
wiecie, co ja myślę o walentynkach? szczerze pierwsze co przychodzi to pogarda, cynizm i poirytowanie. żal, żenada, wszystko żałosne jak cholera.
tak, to dlatego że nie mam chłopaka, a wszyscy którym jak mi się wydawało na mnie zależy odwracają się, cały czas mówię o chłopakach. pierwsza miłość mojego życia nie mówi mi "cześć" i udaje że mnie nie zna. druga miłość mojego życia mieszka w Szczecinie, trzecia okazała się chamem (chyba z powodu odrzucenia przez inne dziewczyny jak mniemam, biedaczek) a czwarta, ma mnie w dupie. trzy pierwsze totalna przeszłość, czwarta - już nic nie wiem, pesymizm puka do drzwi jednakowoż, nawet nie wiem czy rzeczywiście jest miłością, to może za duże słowo. ale nie będę się zagłębiać.
także już wiadomo, dlaczego nie lubię tego święta. święto - za duże słowo. jest do dupy. i było jakoś przez cały dzień. przyszła Zuza, muffiny te sprawy, było super. ale wyszła, a ja mogłam spokojnie pomyśleć i Olka mnie namówiła na tego posta, i chyba dobrze się stało.
nie czuję, żeby ktoś mnie kochał, oczywiście nie mówię tu o rodzinie i przyjaciółkach. nie będę pieprzyć że nie potrzebuję miłości, bo jak mówią beatlesi (gówno mnie obchodzi czy dobrze napisałam) - All you need is love i tak, to prawda. dopadło i mnie. i chyba każdą dziewczynę jaką znam. więc adios zakochani, życzę szczęścia, mnie może kiedyś spotka, to wtedy napiszę coś bardziej w stylu "ojakajajestemszczęśliwaomgomgomg"
a teraz byłam najszczersza jak się tylko dało i... wreszcie coś ze mnie wyszło, to co nie wychodziło od nie pamiętam kiedy.
jak dla mnie, ferie się już skończyły, dzisiaj i jutro ogarniamy lekcje ;/ tak to jest jak się wszystko zostawia na ostatnią chwilę a więc, podsumuje sobie ferie xd pierwszy tydzień w miare, początek nie za szczególnie, nie było chęci z nikim wychodzić, ale zobaczyłam pare osób z Dębego, a co:D wtorek trening, mentalny trening, ale zawsze, piątek lodowisko, prawie że "rodzinnie" xd sobota turniej, pogadałam sobie z Bartkiem i Magdą, a potem urodziny Zagórskiej <3 się działo, ale w miare ogarnięcie, nowi znajomi i te sprawy xd drugi? cały tydzień chora, dzisiaj już mi na szczęście przechodzi. nie dość że non stop katar, bolące gardło, to jeszcze szczypiące oczy. ale jest git, korzystamy z ostatniego tygodnia! poniedziałek i czwartek standardowo w domu, a co, z rodziną też trzeba pobyć i nażreć się pączków. wtorek "lodowisko" z OLCIĄ I ARUSIEM, oczywiście po 30 minutach stania w kolejce znudziło się nam więc poszliśmy do maca, trochę pojedliśmy, i do Arka xd odrabianie matmy zawsze spoko, Ola widzisz, jednak jesteś dobra z matmy:D Kamil nasz informator, hihi. na szczęście w środę mnie wpuścili na lodo, chociaż kolejka też była nie za mała. wczoraj miła domóweczka, bez przypału, ale nigdy więcej XD szkoda że nie zdążyłam się spotkać z Gabcią:< musisz mi wszystko opowiedzieć w szkole! <3 mimo niektórych gorszych momentów(pozdrawiam Marcela) i lepszych (pozdrawiam stare koty, Olkę i Królika), to były to najlepsze ferie w moim życiu! heheszky <3
no cóż, trzeba ogarnać fizykę x3 i biologię, życzcie mi powodzenia:<
Mam nareszcie czas, laptopa i dobre połączenie z internetem, więc odezwę się do ludzi, którzy czytają czasem tego bloga. Świeżo po przeczytaniu posta Zuzanny, pragnę powiedzieć, że od środy jestem na feriach, prezentacji jeszcze nie zrobiłam, ale zajmę się nią od razu jak tylko wrócę (wracam w środę), od czwartku jestem już na spokojnie w Mińsku. To co teraz napiszę pragnę aby było przekazane Arkowi: z kabanosem nie wyszło. Przyjechałam w środę. On wyjechał wczoraj. Brak pożegnania, w sumie czego się spodziewałam, ja byłam na stoku, on siedział w pokoju. Wstał na tyle późno, że nawet się nie zobaczyliśmy rano, natomiast jego brata widziałam. Emocje jeszcze ze mnie nie zeszły, aczkolwiek staram się już o tym nie myśleć i ciągle się besztam za to jaka ja jestem naiwna i głupia (you're so naive yet so - The Kooks, Naive) i tą całą sytuację obrazuje piosenka (nie, tym razem nie kooksi): I didn't hear you leave I wonder how am I still here And I don't wanna move a thing It might change my memories Bo nie chcę nic zmieniać, moje wspomnienia będą, są piękne. Ale nic nie było, może coś się czaiło, ale nie chcę już o tym myśleć. Najgorsze jest to, że czasem bym się chciała rozpłakać, żęby wszystko ze mnie zeszło. Ale ja nie umiem. Nie da się. Oglądaliście Holiday? Pamiętacie jak jedna z bohaterek, po zerwaniu, w czasie szukania miejsca na urlop, próbowała się rozpłakać? No to mniej więcej jak byłam sama tak wyglądałam. I nic. Żadnej cholernej łzy.
Jak wrócę do Mińska to się muszę komuś poważnie pozwierzać. Chętni? Hyhy. Dobra, to wszystko, przekażcie Arkowi, że z kabanosem nie wyszło. Może u niego lepiej. +nie mam już kasy na koncie, nie piszcie do mnie żadnych wiadomości typu pytającego. Inne mogą być.
Na prośbę Oli napiszę coś co tam u mnie słychać w ferie :)
Zacznę od tego że jestem na obozie w Brennej i jest mi bardzo dobrze :)
Bo towarzystwo jest i forma też . Najgorsze jest to że czuje jak mi czas przepływa między palcami. Zaplanowałam że zrobię coś na obozie a na razie tkwi w zadaniach od pana Kazimierza .
Gabrysia się do mnie nie odzywa co i jak z prezentacją , ale trudno zrobię jak wrócę.
Za dwie godzinki idę na saunę i to z samymi chłopakami ^ ^ , tak szczyrze nie podoba mi się to
Tak, Olka, w sumie to nie wiem czy jestem X czy H, bo przebyłam długą bitwę ze swoimi myślami, ale dalej nie jestem pewna.
A twój kolega to szowinista, skoro kompromituje płeć żeńską. Też mam takiego kolegę i też go lubię, nawet bardzo ;pp ach te destrukcyjne znajomości.
Pozdrawiam Z i M które nie powiedziały że są razem w piątek, może bym wpadła. Chociaż może i nie. Nie wiem, liczy się intencja. I przepraszam Olcię, że tak wyszło, w sumie nie spodziewałam się że nie będzie żadnej z nas. Tzn z Zuzą pisałyśmy że nie idziemy, Marta zwiewka a Sucha też została w domu. Olcia, było zwiać do mnie :) Ale to już było i nie wróci więcej.
Mam dzisiaj tak zajebisty dzień muzyczny. Od 12 leci u mnie w pokoju muzyczka. Oczywiście przeważają kooksi i bardzo się cieszę, że zaraziłam Olkę chociaż jedną piosenką ;>>
* tytuł taki, bo darłam gardło, śpiewając (z fałszem, a jakże) Mr Brightside
poznaliście Izę Miko? ;> to ta z Kochaj i tańcz.
może jestem dziwna, ale teraz to mi chodzi po głowie, oprócz piosenki powyżej :>
staroć, ale ładne. wszystko przez tvn-owskie reklamy komedii romantycznych.
Boże Drogi, daruj mi ten tytuł.
Czyli już się urodziłam, o 18.25 bodajże. Mam dopiero aż szesnaście lat. Wiecie, nie pisałabym może tego posta, gdyby nie ciągłe uświadamianie nam, że zbliża się dorosłość, a profil jaki wybierzemy w liceum będzie w znacznej mierze rzutował na to co będziemy robili w przyszłości. Będzie decydował, wg szanownej, znienawidzonej niemalże przeze mnie pani pedagog. "Te ankiety pomogą wam w określeniu tego w czym jesteście mocni, w wyborze profilu. Bo przecież od tego zależy wasz zawód. Nie będzie cofania czasu." Nie. Oczywiście, że nie pamiętam dokładnie słowo w słowo tego co powiedziała, ale pamiętam samo przesłanie. Dzisiaj czułam się jakbym jutro miała już iść z tymi wszystkimi papierami, wynikami z matury (do której mam jeszcze aż tylko dwa lata, no, trzy) na uczelnię. Z tymi trzęsącymi się nóżkami.
Bez przesady. I tak wiadomo, że wszystko się potoczy inaczej, w sensie, że nie w zgodzie z profilem w przypadku 90 % z nas, ale o tym nie muszę mówić.
Zabiłabym wszystkich, którzy doprowadzili do tego, jak teraz wygląda "edukacja" w Polsce. Serio, nie mam zamiaru się teraz rozpisywać, tutaj rozpisywać, na tematy czysto polityczne, bo mi to nie wyjdzie, ale litości, jak można tak wyniszczać społeczeństwo? Już nie ma liceów ogólnokształcących, będziemy wyrastać na pół-ludzi. Więcej nie będę pisać na ten temat. I to że mi się nie chce z reguły uczyć nie ma tu nic do rzeczy.
Na co idzie większość? Na biol-chem. Mat-fiz. Mat-geo. To całe dorastanie jest straszne. W trzeciej klasie (tak, trochę późno) dokładnie sobie uświadomiłam, jak bardzo jestem niezależna. Idę na biol-chem, matura, potem chciałabym się dostać najlepiej na medycynę (big dżrim) lub farmację. Ale nie wiem czy jakbym mogła się rozwijać czysto w kierunku pasji i tego co lubię (lubię przedmioty przyrodnicze, no z wyjątkiem fizyki i większości matematycznych działów, ale daję radę, lecz są też inne rzeczy które wielbię, np języki) to czy wybrałabym te klimaty. Nie wiem. I w tym sęk. Mamy szesnaście lat. Nie wiemy. Nie przejmuję się na razie, bo może wcale nie ma sensu, będzie co będzie. Ale po prostu niektórych rzeczy po prostu nie zrozumiem.
~
Takie postanowienie z okazji urodzin: skupić się na sobie i nie zwariować.
Dzięki za przeczytanie, jeśli się Wam chciało. Do napisania.
Czyli kolejny post bez konkretnego tytułu. W ogóle po co one są? Tzn mogłabym rzucić jakim tytułem z ckliwej piosenki... no albo nieckliwej. Noale. Wiadomo, u mnie jak zwykle. Nic ciekawego. Taka tam, codzienna rutyna. Ale w ogóle jak patrzę na niektórych ludzi, to się sama sobie dziwie, że nie popadłam w depresję albo że nie jęczę ciągle, że mam dość. Może to normalne, każdego z nas to dopada, z jednej strony wiem, że jest zima - pierwszy powód do depresji, jest szkoła - to powinien być pierwszy powód wg większości nastolatków no i zbliżają się egzaminy, ale nie wiem, jakoś nie czuję ten presji. Może poczuję. Wróć! Jestem przekonana, że poczuję, ale pewnie na sam koniec, nie zdziwię się wręcz jak poczuję ją dopiero po. Po prostu sęk w tym, że nie rozumiem, jak się można wszystkim przejmować, chociaż nie rozumiem też, jak można mieć na wszystko tak zwane "wyjebane". Są granice, każdy chyba ma swoje priorytety i chyba warto się ich trzymać, reszta jest mniej ważna i nie wiem, jak właśnie takimi mniej ważnymi rzeczami się można aż tak przejmować. Dodam, że nie mówię tego tylko z perspektywy dzisiejszego dnia, tylko ogólnie. Zauważam to od początku roku. Także tak postanowiłam że sobie o tym napiszę. Tak żeby to wyrzucić. Na dzień dzisiejszy to się muszę jeszcze wosu nauczyć, ale chyba jakiś prosty temat był, więc spoczko, jutro fizyka all day. I w piątek jest jeszcze historia, to na nią też się nauczę. Info na fizykę jeśli chodzi o nasz projekt to dziewczyny mi skopiują czy cuś i będzie pięknie. Tylko jedyne co na razie mnie wkurza to to, że na co mi w ogóle te ferie, skoro muszę się nauczyć na projekt z fizyki, na egzamin z hiszpańskiego, pewnie na kilka sprawdzianów, które będą po feriach (od razu, a jakże)... Także miłe ferie, z tym że wyjeżdżam, więc mam na wszystko tak jakby mniej czasu, może nie mniej czasu, ale jak będę w górach to mi się nie będzie chciało taszczyć książek i się tam uczyć. No litości. Ach i zapomniałabym, że Kazik oczywiście nie oszczędził nam kolejnych matematycznych zadań na trzech kartkach A4, też na ferie. Więc właściwie po co one? Trzeba się będzie maksymalnie zmobilizować i po prostu wszystko zrobić jak najszybciej, póki będę w domu, a po przyjeździe powtarzać. Bleeeeee.
Trolololo i kolejna życióweczka J 300m -43,48 (ale i tak słabo )
Żal mi ludzi , którzy są tak w siebie zapatrzeni i pewni
siebie że jedna porażka a oni już zmieniają nastawienie . Tak konkretnie pani X
przegrała z panią Y i obraziła się na nią że ona jest lepsza on niej. Kurde ale
te ludzie są dziwne , nie rozumiem tego bo jak ktoś jest ode mnie lepszy to próbuje
stać się lepsza a nie obrażam się na cały świat . Nie no ja wiem że mam dużo
wad ale takie zachowanie to po prostu mnie wkurza ;/
A tak w ogółe to muszę się nauczyć rozmawiać z ludźmi ,
których nie znam tak super , bo z GOM –em
i paroma innymi osobami umiem gadać o wszystkim i o niczym a z osobami takimi ,
które słabiej znam to powiem jedno słowo albo dwa i koniec nie wiem co
powiedzieć rozmowa się kończy dziękuje do widzenia , i strasznie się z tym źle
czuje może się nie zadręczam tym ale to jest takie fuj . Nie wiem jak można
nauczyć się rozmawiać z ludźmi ale wiem że się nauczę J
Witam :) Piątek, łikendu początek, więc każdy zadowolony. Miałam niemały kwas, azaliż gdyż okazało się, że mecz w ręczną (oczywiście Polski) jutro, a myślałam, że dzisiaj. I schodzę taka zwarta i gotowa, już wykąpana na dół, końcówka meczu Francji z Niemcami i "o której mecz?". "Nie ma dzisiaj meczu" - słyszę w odpowiedzi. Cóż zjadłam trochę czekolady i kinder pingui i niepocieszona poczłapałam w moich uggokapciach na górę. Chciałam obejrzeć PLL ale co? Podejście nr jeden w czasie skakania na skakance zakończone niepowodzeniem - komputer się zaciął. Nie nowość. Ale jak przychodzę godzinę później żeby spróbować jeszcze raz to też coś nie gra. To stwierdziłam że sobie napiszę posta. I oczywiście po napisaniu tego posta, pośpieszę, by ponowić moje próby. Serial trza obejrzeć.
Pisałam już jak kocham piątki? Może. Nieważne, najwyżej się powtórzę. Otóż kocham piątki. Siedem lekcji, ale dwie ostatnie z "panem profesorem" i tak naprawdę jeśli już mi się zamarzy na coś nauczyć to tylko i wyłącznie na historię. Ale kiedy to będzie?
A piątek za tydzień kocham jeszcze bardziej bo "pana profesora" nie będzie i kończę po 5 lekcjach. Muah.
Marcie i Zuzie tylko współczuję przepisywania. Ach, to tempo. Kanapeczki mniami. Napchałam się. Szczerze to nawet już zapomniałam, że można się tak napchać kanapkami o.O
Dobra a teraz muszę jeszcze coś wtrącić. Tu jest nasz blog - strefa wyrażania siebie, swoich myśli. I dla kogoś z zewnątrz kto tak hop - trafi tu przypadkowo to jest żałosne. Wiem, bo ja też tak czasem trafiam. No teraz może rzadziej, ale kiedyś trafiałam na takie "blogaski" i nie byłam superpozytywnie nastawiona. I po prostu fajnie że mogę coś od siebie praktycznie dla samej siebie napisać. Tak ot, po prostu. I teraz też mogę. Olka i Zuza tak sobie piszą i ja też. Marta się zgubiła.
Mam wrażenie, że jestem poza. Tzn nie tak, że poza przyjaciółmi ale po prostu. Jakoś nie wiem. I coraz bardziej wkurzają mnie iksy, igreki i inne. Nie będę wskazywała nazwisk ani nawet imion. To co mnie irytuje najbardziej to hipokryzja.
Takie, kurde, udawanie świętego. Nie no oczywiście ja wiem, że nikt się przed sobą nie przyzna, ale ludzie, trochę więcej luzu. Po co od razu się zarzekać że się czegoś nie zrobi albo zrobi i to na 8758736 % skoro potem pod wpływem 2.34465 s zmienia się zdanie? I od nowa z tym zmienionym zdaniem biegnie się innym je oświadczać, po to żeby za sekundę je zmienić, bo "coś mnie przekonało" lub "ktoś". Kurde, ja nie pojmuję. Może w ogóle mało pojmuję. Albo takie świętoszenie, a potem BUM jestem o 180 stopni inna, ale tego nie widzę, bo przecież JA JESTEM ŚWIĘTA. A potem mówienie, że przecież właśnie święta nie jestem, więc mam prawo do błędu. Zakłamanie. Rozumiem kłamać do innych ale okłamywać samego siebie? Zresztą przecież i tak się nie da.
Ja wiem, że nikt nie zrozumie tego posta. Ale chciałam coś napisać o tym o czym myślę, ale musiałam kluczyć, bo się nie lubię tak do końca otwierać. Już czasem nawet nie wiem jak wszystko ubrać w słowa. Bo na ten przykład Sucha ma na gg czasem opis: "Wiesz co mnie boli? Że w głowach się pierdoli". I, no, tak jest rzeczywiście kiedy tak sobie o tym wszystkim pomyślę.
To tak ogólnie dzisiejszy dzień super. Oby jutro się nie odegrało. Polski był spoko. Uświadomiłam sobie że jeśli chodzi o czasy 2 wojny światowej to ja nic nie wiem i że źle się z tym czuję. Wstyd. Dwie matmy przeżyłam. Luzik. Dalej zajebista geografia. I dwa WF. Potem hiszpański a przed hiszpańskim przyszły buty które zamawiałam prawie 4 miesiące temu. Ale przynajmniej kasa nie poszła w błoto. Ok kończę i idę spać. Do napisania :]
Stwierdzam że wczorajszy dzień był suuper. Moja samoocena strasznie się podniosła ( i teraz trochę o sporcie ) bo pokonałam dziewczynę z którą przegrałam ze trzy miesiące temu . Ja byłam piąta a ona pierwsza na MP. Wiem że wiele osób nie rozumie po co właściwie ja biegam . Spoko czasami ja też nie rozumiem :P . Ale jak przychodzi sezon i zaczynam startować to zaczynam zdawać sobie sprawę że ja to po prostu kocham i nie i umiem bez tego żyć . Trudno sobie to wyobrazić jakie to uczucie wbiegać na metę pierwsza , kiedy tyle ludzi ci kibicuje i kiedy widzę tę radość w oczach trenera że tak mi dobrze idzie. Po prostu niesamowite uczucie :) Tak trochę o moich wczorajszych odczuciach.
Ponieważ miałam świetny humor to pojechał do arkadii , ale też miałam coś do załatwienia . I w końcu kupiłam sobie coś innego niż bluzę , pewnie jak w tym przyjdę do szkoły to nie wszystkim się będzie podobało :( Ale trudno mi tam się podoba
a ksiądz do mnie na razie po kolędzie nie przychodzi i pewnie znowu będzie tak że go nie przyjmiemy bo nas nie będzie
znowu brak pomysłu na tytuł posta. cóż, mózg już się przegrzał, ale po takim tygodniu... nie dziwne. Olka forever angry a ja forever hungry, hahahha. nie no żart. tylko po szkole, potem jakoś mniej. na szczęście. jeju, brak nam pomysłów. tzn ja już mam koncepcje, jutro się podzielę. irytują mnie X i Y. tylko nie wiem czy 6 lat temu nie irytowały bardziej. więc to może lepiej... proszę Anię, bu łaskawie nie przytulała Dudusia. tylko się nie zakochaj. wkurzyły mnie babcia i mama bo jak powiedziałam że mam 3 z fizyki na koniec roku, co mnie nie rusza, bo jak się starałam a nie wyszło, to naprawdę nie mam sobie nic do zarzucenia, to się zdziwiły i że co? że ja? a mama jak zwykle, że przecież nic nie mówi tylko ją dziwi, że się nie przejmuje. no to teraz wiem, że mnie brali za przewrażliwioną na punkcie ocen chyba. no sorry. to trzecia klasa, a ja naprawdę wiem, co robię i skoro się nie przejmuję, to tylko znak że mam wszystko pod kontrolą. nie mam zamiaru spędzać nocy pod kołdrą z nosem w książkach. ostatnio i tak nad biologią i chemią siedziałam prawie do północy co dla mnie jest nienormalne. więc nie zamierzam naruszać moich zasad. chcę się wyspać. oceny mam dobre, dla mnie. inni niech się nie czepiają. póki sama jestem z siebie zadowolona, a po dzisiejszej fizyce jestem ( 5 - odp. ust.) mimo że mam trójkę, to nikt mi nie narzuci że robię coś źle. dobra zeszłam z tematu bo moja mama wcale nie miała mi za złe niczego tylko się dziwiła moją reakcją. zakańczam ten temat niniejszym. do napisania.
ogarniam, próbuję zapobiec kolejnemu bałaganowi. ale nie jestem pewna czy w ogóle się da. jak ja bym chciała, żeby można było kupić czas. tak, tak, posta musiałam napisać. to mi pomaga, przynajmniej jakaś przyjemność w całym dniu, w którym z reguły czasu na nie nie ma. praca domowa z hiszpańskiego, a potem angielski i biologia. chciałam jeszcze wos, ale jak się okazało przez jutrzejszą przypadkową biologię - nie dam rady raczej. nie jestem nadgorliwa. przeciwnie - wykonuję minimum, a i tak się nie wyrabiam. jedyne co pociesza to to, że inni mają tak samo, czasem nawet gorzej. lece, nie będę truć. będę się uczyć - taka prawda. bajos i do napisania :)
bo nie mam pomysłu na tytuł posta. właściwie to mogłabym nie pisać tytułu.myślałam, że nie doczekam dnia, w którym Olka nie napisze posta, mimo że pisała, że nie będą się pojawiać codziennie. myślałam, że tylko tak napisała. a tu proszę. mniejsza o to. uczę się chemii i mam to uczucie, że umiem jak przez mgłę. najgorsze są właściwości i dwa ostatnie tematy. poza tym nie jest tragicznie. no i ilość materiału też nie zachęca (13 rozdziałów) ale damy radę. jestem cała w zakwasach, nogi tak czuję jak nigdy chyba. masakra, ale fajne uczucie tak z mojego punktu widzenia. lecę dalej do książek, no i pewnie niedługo obiad, dzisiaj supersmaczny gulasz mniam. mojej mamy w szczególności, bez tego obleśnego tłuszczu na mięsie. trzymajcie się i do napisania :)
dzisiaj był dzień muła. serio. jak to określiłam rozmawiając z Martą: cała jestem obtarta.
podobał mi się ten tekst, ale to trzeba było słyszeć ;d;d
na dzisiaj jeszcze zostało mi nauczenie się fizyczki i powtórzenie niemieckiego, fajnie by było jakbym też znalazła czas na geografię, ale nie będę marzyć. trzeba działaś. już przeczytałam połowę lektury, porobiłam zakładki, także do jutra będę miała drugą połowę. bo przynajmniej to muszę mieć zrobione. tym bardziej, że jednak lepiej mieć przeczytaną książkę.
+ wiecie że na świecie nie ma już dziewic? wyginęły dziewice. najbardziej pożądane dziewice, to już nie dziewice. mam nawet piosenkę pt: "niedziewiczy jest ten świat". tak, do tej melodii.
stwierdzam, że będę się starała pisać tytuły postów po polsku. lepiej się z tym czuję. oczywiście nie oznacza to, że nie będzie żadnego po angielsku czy w innym języku, ale większość po polsku, stawiam na polski.
a więc, co? mamy Nowy Rok. 1 stycznia 2013 roku naprawdę skłania do podjęcia jakiegoś wyzwania, jakiegoś postanowienia. ale nie widzę w tym sensu. tzn widzę, ale zawsze jak sobie coś postanawiam, to kończy się tym, że jestem tak niewytrwała, że się strasznie szybko zniechęcam, jest jeszcze gorzej, do tego dochodzi niezadowolenie z samej siebie i ogólnie lipa.
także, nie. nie będę przynajmniej na razie nic postanawiać.
nawet tego, że się będę więcej uczyć i regularnie. nienawidzę tego postanowienia, ale niestety jest często stawiane przez osoby w naszym wieku. to takie idiotyczne, bo zawsze jak sobie coś związanego z nauką i ocenami postanowię, to za chwilę zaczynam się z siebie śmiać i mam maksymalną polewkę, że jestem taka głupia, że myślę że wytrzymam. dlatego nie postanawiam.
hmm. co by tu jeszcze... a. chciałam napisać i podkreślić, że się świetnie czułam na tym naszym sylwestrze i najlepiej było jak sobie śpiewałyśmy. szczególnie zapamiętam highway to hell. coś genialnego. gardło bolało, ale czego się nie robi dla przyjaciółek. "ja tego nie znam, nie śpiewam!" no dobra, dobra, to ja śpiewam" a potem to już poleciałam. nie wiem nadal, czy się wtedy dobrze czułam. chyba za dobrze :D:D
i w ogóle myślałam, że będę miała taką po noworoczną depresję, jakkolwiek głupio by to nie brzmiało. a tu proszę, jestem bardzo zadowolona i nastawiona całkiem pozytywnie, trzeba tylko przeżyć ten półtydzień potem następne trzy i ferie. potem naprawdę szybko zleci. jakoś tak nawet nie martwię się egzaminem. ale wyleciałam w przyszłość. ale taka jest prawda. wczoraj świętowaliśmy sylwestra, o tej porze robiłam te całe cynamonki. i był 2012. a teraz siedzę przy lapku i piszę posta. już w 2013. mam na myśli że czas leci mega szybko i zanim się obejrzę to już będę świętować sylwestra 2013. także naprawdę, takie nastawienie jest dobre i wprowadza w dobry humor. z jednej strony nie wiem czy to fajnie że tak szybko zlatuje nasze życie, ale z drugiej strony... jest go wystarczająco dużo, aby móc przeżyć go najlepiej i najpiękniej jak możemy. i najlepsze jest to, że każdy ma wyrównane szanse :)