Po prostu sęk w tym, że nie rozumiem, jak się można wszystkim przejmować, chociaż nie rozumiem też, jak można mieć na wszystko tak zwane "wyjebane". Są granice, każdy chyba ma swoje priorytety i chyba warto się ich trzymać, reszta jest mniej ważna i nie wiem, jak właśnie takimi mniej ważnymi rzeczami się można aż tak przejmować. Dodam, że nie mówię tego tylko z perspektywy dzisiejszego dnia, tylko ogólnie. Zauważam to od początku roku. Także tak postanowiłam że sobie o tym napiszę. Tak żeby to wyrzucić.
Na dzień dzisiejszy to się muszę jeszcze wosu nauczyć, ale chyba jakiś prosty temat był, więc spoczko, jutro fizyka all day. I w piątek jest jeszcze historia, to na nią też się nauczę. Info na fizykę jeśli chodzi o nasz projekt to dziewczyny mi skopiują czy cuś i będzie pięknie. Tylko jedyne co na razie mnie wkurza to to, że na co mi w ogóle te ferie, skoro muszę się nauczyć na projekt z fizyki, na egzamin z hiszpańskiego, pewnie na kilka sprawdzianów, które będą po feriach (od razu, a jakże)... Także miłe ferie, z tym że wyjeżdżam, więc mam na wszystko tak jakby mniej czasu, może nie mniej czasu, ale jak będę w górach to mi się nie będzie chciało taszczyć książek i się tam uczyć. No litości. Ach i zapomniałabym, że Kazik oczywiście nie oszczędził nam kolejnych matematycznych zadań na trzech kartkach A4, też na ferie. Więc właściwie po co one?
Trzeba się będzie maksymalnie zmobilizować i po prostu wszystko zrobić jak najszybciej, póki będę w domu, a po przyjeździe powtarzać. Bleeeeee.