sobota, 30 marca 2013

yhym

super kurwa święta, miałam się uczyć ale co? jak zwykle lenistwo górą, siedzę i oglądam filmy, mnóstwo filmów:)  okropny humor, okropnie się czuje, ale ja to ja, Sucha sobie poradzi, jak zwykle :) -.-


no ten tego, wesołych.

niedziela, 24 marca 2013

Toruń!

widzę że jeszcze żadna nie opisała piątkowej wycieczki, to ja to zrobię:D
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
dobra nie chce mi się, wstawię kolaż najlepszych zdjęc hahahha xd w autobusie ciągłe nagrywanie vlogów, obiecuje że go skleje, nawet wczoraj zaczęłam, ale mój kochany laptop przegrzewał się i wyłączał :> ale pomysł jest, muzyka też, więc po egzaminach zabieram się do roboty:D w planetarium śpiąco, w tym drugim czymś też. zajebiste naleśniczki w Manekinie, czuje że będziemy tam jadały częściej:D pierniczki też dobre, mniaaaam*.* później uniwersytet, lekka zmiana humoru ale potem było okej, w drodze powrotnej spanie, granie, rozmowy przez telefon (i teksty Olki:D), a na sam koniec coś w nas pękło i o. 


OGÓLNIE WYJAZD NA PLUS, CHCE TAM WRÓCIĆ!

i obiecane zdjęcia:

wtorek, 19 marca 2013

WRÓCIŁAM!!!!

Tak, jestem. Nie pozbyliście się mnie.
Krótkie wyjaśnienie- nie pisałam bo miałam popsuty komputer, ale wczoraj wrócił od pana złote rączki naprawiacz komputerów i nawet klawiatura mi w pełni działa.
Nawet nie wiedziałam jak dużo się zmieniło przez te hmmm... 3 miesiące jak mnie nie było. Zauważyłam, że jestem zawieszona w prawach bloggerki ale w sumie zasłużyłam, to chyba najdłuższa przerwa jaką którakolwiek z nas zrobiła. Tak wiem jak nie pisze to zawsze ja. Trudno, każdy musi pełnić jakąś funkcję.
Ale z tego co widzę to teraz nie tylko ja nie postuję codziennie. To wszystko wina egzaminów. Nie wiem co za chory człowiek to wszystko wymyślał... Nie lubię go
Pisałabym dalej ale spać się chce :)
Następnym razem zrobię wywód jak to się wszystko pozmieniało, bla bla bla
Mam nadzieję, że będzie ciekawie :*
Dobranoc

sobota, 16 marca 2013

no oczywiście

nie będę pisała takich tematycznych postów jak dziewczyny, ponieważ po pierwsze nie umiem ;p a po drugie nie mam czasu, powtórzeniapowtórzeniapowtórzenia, masa nauki w szkole. no ale, coś za coś.

co u mnie? 
liceum wybrane, ucze się, chociaż strasznie mi się nie chce(to przez pogodę), denerwuje mnie projekt z fizyki, jem sobie makaron z mlekiem, i tak, jest w miare dobrze:D


piątek, 15 marca 2013

Muzyka.

Miało być o filmie, będzie o muzyce. Chciałabym krótko, zwięźle i na temat, ale nie wiem jak to wyjdzie. Po prostu jedząc obiad u babci, zauważyłam, a raczej usłyszałam, że w radiu leci Yesterday Beatlesów. I jakoś tak się wsłuchałam, bo doskonale znam tę piosenkę i bardzo ją lubię. A ponieważ dzisiejszy dzień należy do tych dni, w których takie piosenki są jak najbardziej pożądane, to tak jakoś się rozchwiałam emocjonalnie na te 15 sekund, przez które tej piosenki słuchałam. Potem zajęłam się zapiekanką babci (pyszna).
Noale, wracając do tematu. Chodzi przede wszystkim, że usłyszenie dzisiaj tej piosenki zainspirowało mnie do stworzenia posta o muzyce właśnie. Muzyka pomaga mi ogromnie. I nawet sobie nie wyobrażacie, jak jestem szczęśliwa gdy jestem sama w domu i mogę pośpiewać trochę głośniej niż tylko pod nosem.
Dobra, zaczęłam o tym, że słuchanie muzyki mi pomaga. W czym konkretnie? Otóż... we wszystkim, w życiu, ogólnie rzecz biorąc. Jak jestem smutna to słucham tylko tych spokojnych i raczej niezbyt radosnych piosenek, bo mnie uspokajają i jakoś tak od razu mi lepiej, bo mogę się zdołować jeszcze bardziej i wczuć bardzo mocno w swoje własne uczucia. Jak jestem mega szczęśliwa to sobie puszczam szybkie i takie... hmm żeby było dużo tekstu do śpiewania. 
Dla mnie jedno z lepszych uczuć to właśnie wtedy, gdy słuchasz jakiejś piosenki i zaczynasz sobie zdawać sprawę, że już Ci się podoba, potem puszczasz ją cały czas, po milion razy aż znasz tekst na pamięć. No, przynajmniej ja tak mam.

I jeszcze jeden fajny fakt związany z muzyką - wspomnienia. Kiedyś słuchałam Paramore i ten zespół niezmiennie będzie mi się kojarzył z jesienią. Zawsze. Słuchałam tego tak gdzieś w 5 czy 6 klasie podstawówki, w gimnazjum już raczej mniej. 




Słuchałam też, jak to przeczytacie, to będziecie się śmiać, ale słuchałam Tokio Hotel. I wcale nie jestem tym zażenowana, bo nigdy nie zwracałam uwagi na członków tego zespołu, tylko na muzykę, która wtedy mi się podobała, teraz - nie robi na mnie wrażenia, takiego żeby wciąż tego słuchać, po prostu mi się znudziło. To niemiecki zespół. Bardzo lubię tą piosenkę:


Co dalej? Przewijało się tego wiele, poświęcę jednak posta na to co pamiętam najlepiej. Czyli m. in. disnejowskie gwiazdy :>
Demi Lovato, Miley Cyrus, Jonasi, sami wiecie :D
Tego typu muzyki słuchałam w ...podstawówce, ale jakoś pod koniec, nikt się oczywiście do tego za bardzo nie przyznawał, ja też nie :P Dlatego teraz tak bardzo to doceniam. Tzn to nie żaden fenomen, muzyka na poziomie niezbyt wysokim, chociaż z reguły tego typu opinie wynikają z tego, że to disnej. A przecież gwiazdki disneja nie mogą być ambitne. No ale kto z nas, wtedy dzieciaków w wieku 10-13 (powiedzmy, może trochę naciągane, ale niech będzie tak średnio) się tym przejmował? Miało chwycić nas melodią, nie tekstem, fajnym teledyskiem i mieli być ładni. Nic więcej. I oczywiście, myślę, że głównym motywem przewodnim wśród przemysłu muzycznego disneja są... filmy. Kto nie oglądał High School Musical czy Camp Rocka? Wymieniłam te, bo te dwa to takie klasyki. Chyba każdy to oglądał, nie każdy się przyzna. A dla mnie to jest moje dzieciństwo łamane na młodość ( ale wciąż jestem młoda i do młodości zalicza się też to czego słucham obecnie) i teraz jak sobie przypominam czasem te piosenki to wracają wspomnienia i sobie uświadamiam jakie życie było piękne i banalnie proste, a jedynym problemem było to że... Były jakieś problemy? :> 









huhu ;>


Dobra :D Co dalej. Dalej będą już chyba początki tego, czego słucham teraz. Zaczęło się od Kings of Leon <3
Po raz pierwszy usłyszałam ich w wieku chyba 13 lat, u koleżanki starszej o 3 lata. Po prostu puściła Use Somebody i nie skupiłam się na tym jakoś szczególnie, ale jak wróciłam do domu, to ta piosenka zaczęła mi chodzić po głowie, potem ją znalazłam, ściągnęłam i posłuchałam jeszcze kilku, ale nie przypadły mi do gustu, oprócz Sex on Fire, więc tą też ściągnęłam. Jakiś czas później znowu będąc u tej koleżanki, puściła już ich płytę Only by the Night, która tak mi się spodobała, że potem już się na serio zainteresowałam grupą. Mam ich trzy ostatnie płyty i szczerze je wielbię. 
Potem jeszcze za sprawą MTV Rocks fascynacja pojedynczymi piosenkami z reguły indie rock.

I... The Kooks. Teraz. Zaczęło się romantycznie. Odrabiałam pracę domową z matematyki, ale było jakoś tak cicho, więc na yt jakoś tak po prostu włączyłam ich płytę Konk, bo była w polecanych. Pierwsza piosenka:



I się zakochałam.


Potem zaczęłam się interesować i tak oto teraz jestem szczęśliwą posiadaczką dwóch płyt na trzy. Pierwszej i ostatniej. Nie mam właśnie środkowej, wyżej wspomnianej. Ale to się nadrobi.

Godni uwagi w tym paskudnie, ohydnie wręcz długim i zapewne nudnym poście, są też: Ellie Goulding i Ed Sheeran.




Nie będę się rozpisywać, napiszę tylko, że ich muzyka to coś tak pięknego, że aż trudno to ogarnąć. Zazdroszczę ludziom, którzy potrafią pisać tak cudowne teksty piosenek i jeszcze to zaśpiewać. I wywołać tym tyle emocji wśród milionów ludzi na świecie.

Na podsumowanie ale bez dłuższego opisu to co także uwielbiam: She & Him (Zooey Deschanel i jej głos + teksty), Arctic Monkeys (geniusze), The Beatles (klasyka, geniusze), The Smiths (specyficzni, teksty bardzo na tak, lata 80), The Temper Trap ( słiiiiit diiiiispooooołziiiiiiszyyyyyyyn :D ale nie tylko)














Ten post to mój i Wasz masochizm, jeśli wiecie o co chodzi :>
Mam nadzieję, że się w miarę czytało. 






wtorek, 12 marca 2013

9 dni bez posta?

Tak nie może być o.O 
Mimo wszystko chyba jeszcze nie jest tak tragicznie, bo naprawdę jest taki zapieprz w szkole, że nic się nie chce, a szczególnie ogarniać rzeczy szkolne, taka prawda. Ale trzeba, więc pięknie udajemy że się uczymy :> To taka ironia losu, że akurat na... 41 dni (:D) przed egzaminami najbardziej nam się nic nie chce. Jakoś mnie to nie dziwi. Chcemy już wakacje, ja poczułam wiosnę, bo spadł śnieg i dlatego wczoraj zjadłam kanapki z pomidorem, co było gigantycznym błędem z uwagi na to, iż smakował jak kapeć. Te pozimowe pomidory. Mniam.

Zauważyłam z goryczą, iż zaczynają mnie dopadać wahania nastrojów, więc do ludzi wokół mnie: przepraszam :> Nie gniewajcie się, powinno minąć niedługo, a w szkole staram się nad tym panować. 
To taki post o niczym jak widać więc napiszę że przejście na dalszy etap konkursu z angielskiego podnosi moje poczucie własnej wartości. W kwietniu przyjeżdża Amerykanka, będę miała z kim gadać w nocy ;>
Chyba że uśnie albo będzie miała dość mojego wyśmienitego akcentu i będzie udawała że śpi. Jest jeden jedyny minus tego, że przyjeżdża a mianowicie to, że będę musiała oddać jej prawa do mojego łóżka na okres dni siedmiu bodajże...? No ale czego się nie robi dla gościa. 

Obok mnie telefon, ludzie mnie olewają :<  Po drugiej stronie matematyka, fizyka i angielski olewane przeze mnie :> Ale już skończę posta i się za to zabieram. 

W piątek wieczorem lub w sobotę... też wieczorem, no albo rano, ale wątpię, będzie post - "nibyrecenzja. Także dla niecierpliwych (o ile tacy są) w ciągu trzech lub czterech dni post pojawi się na pewno :>





Gościu z okładki kojarzy mi się trochę z nauczycielem od polskiego xd






niedziela, 3 marca 2013

500 Days of Summer.

Dzisiaj moja "recenzja". 500 dni miłości. Mój ulubiony film z "tej" półki. W piątek sobie go ładnie przypomniałam, oglądając go z Arkiem. Czuję, że się wzbogacę w doświadczeniach filmowych dzięki piątkom. I innym dniom. Ale, wracając do filmu. 
Wyprodukowany w roku 2009, czyli już cztery lata temu, zajebista muzyka (zwracam uwagę na She&Him), świetne ciuchy, klimat filmu, retrospekcje, skakanie z dnia 1 do dnia 500 i w każdą możliwą stronę. Kocham ten film.



A teraz trochę fabuły.
Jest sobie chłopak imieniem Tom (Joseph Gordon-Levitt) i Summer (Zooey Deschanel). Spotykają się w windzie. Wjeżdzając na któreś tam piętro, Summer odkrywa, że Tom słucha The Smiths :) urocze, czyż nie? i zaczyna śpiewać, bo ona kocha Smithsów



no i się chłopak zakochał.


Film to ogólne wspominanie przez Toma całej tej historii ich miłości. Jest to przedstawione w genialny sposób przez takie ruchy wahadłowe od jednego do drugiego dnia, ale zupełnie nie po kolei. I tym sposobem otrzymujemy po sobie np takie sceny:

Tom zakochany szczęśliwie


znowu zakochany szczęśliwie


i...


zakochany nieszczęśliwie, po usłyszeniu piosenki She's like the wind


I tak oto z tego co zawsze kochał (kocha nadal) zrobiło się to, czego nie cierpi (bo nie może mieć):



Historia nieszczęśliwej miłości?

Raczej niespełnionych marzeń, które miały swój początek w chwili, gdy ją spotkał. A ona od początku mówiła że to tylko przyjaźń, związek bez zobowiązań.


ale przecież wiadomo, że...





"Chłopak i dziewczyna mogą być tylko przyjaciółmi, ale prędzej czy później, zakochają się w sobie. Może tymczasowo, może w niewłaściwym czasie, może za późno, a może na zawsze." 

I tak, to jest prawda. 
Jedna z większych prawd świata.

Bo nasze oczekiwania często mijają się z rzeczywistością.



To chyba wszystko. Film jest genialny. Obsada genialna. Obejrzyjcie sami, z chłopakiem, z dziewczyną, z przyjacielem, przyjaciółką, z psem, kotem, z popcornem lub z chipsami, ale obejrzyjcie. Jest tego warty.

+ fajna scena w Ikei


...i fajna scena w parku




w sumie mogłabym napisać więcej, ale to moja pierwsza recenzja  mój pierwszy post o filmie, dlatego tak na razie na spokojnie. obejrzyjcie. warto. nie napisałam o zakończeniu, zostawiam je Wam :) zaskoczy Was.


Jeszcze tylko trochę muzyki:

















i bez wymówek proszę:
http://www.seans-online.pl/filmy_online/500-dni-milosci--500-days-of-summer-2009-lektor-pl-5879.html